Poszukiwanie
pracy to sprawa trudna, żmudna i nie przynosząca dobrych emocji. W
związku z utrudnieniami na rynku pracy wcale nie tak łatwo przejść
z jednego miejsca do drugiego w poszukiwaniu nowego punktu
docelowego.
Szukam
pracy i co dalej
No
więc zrezygnowałem. Miałem dosyć. Któregoś dnia po kolejnej
pyskówce ze strony menadżera po prostu trzasnąłem drzwiami. Jeśli
to miała być, zdaniem ogłoszeniodawców, praca w „przyjaznej i
motywującej atmosferze” to w buty mogą sobie wsadzić takie
definicje. No przepraszam państwa bardzo, ale ktoś opowiada po
prostu bzdury. Człowieka poznasz nie po tym, jak traktuje równych
sobie, ale po tym, jaki jest wobec swoich podwładnych. No więc
Marian był po prostu świnią. No dobrze, tylko co dalej?
Oszczędności mam jeszcze na jakieś dwa miesiące, na rynku pracy
wcale tak łatwo nie jest, a coś jeść muszę no i wypadałoby
jeszcze opłacić mieszkanie i inne rachunku. Nie jest to zadanie tak
proste, jak by się mogło wydawać. Ale się uparłem. Postanowiłem
potraktować poszukiwanie pracy moim zajęciem na pełen etat i przez
najbliższe dwa lata poświęcić się mu bez reszty. Pierwsze dwa
tygodnie przyniosły oczekiwane spotkania i wyniki. Tu rozmowa, tam
telefon – w efekcie kilka możliwości. A potem cisza. Uwierzcie
mi, nie ma nic gorszego, niż cisza po rozmowie kwalifikacyjnej. Tak
więc czekałem i szukałem dalej. I nic.
I
tak minął pierwszy miesiąc.
Dwa
miesiące i co dalej?
Po
miesiącu poszukiwań trafił mnie szlag. Miliony aplikacji,
dopieszczanie CV, dodatkowy kurs specjalistyczny i... Nic? Naprawdę
nic.
A
potem trafiłem na reklamę. Niby taką samą, jak każda, oferującą
kredyty
firmowe, ale to był przełom. Rany, przecież to proste –
muszę założyć własną działalność. Kasa się kończy? Czas
więc zacząć kupować i sprzedawać. W pierwszej więc kolejności
wybrałem się do US zorientować się w kwestiach związanych z
prowadzeniem własnej działalności, następnie założyłem ją i
zacząłem spekulować książkami. Wyspecjalizować się
postanowiłem w pozycjach anglojęzycznych trudno dostępnych na
polskim rynku. Przydały się w tym wypadku moje znajomości
wyciągnięte jeszcze z biura tłumaczeń. W ten sposób w przeciągu
zaledwie pięciu miesięcy udało mi się otworzyć całkiem rentowną
księgarnię internetową, zbierającą „moje” ulubione pozycje i
tematy. Zaskakujące, jak wielu ludzi nie tylko interesuje się
podobnymi sprawami, ale też poszukuje tego typu pozycji. I w ten
sposób przestałem szukać pracy – to praca znalazła mnie.
I
dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz