piątek, 16 stycznia 2015

Szukanie pracy – wersja hard

Poszukiwanie pracy to sprawa trudna, żmudna i nie przynosząca dobrych emocji. W związku z utrudnieniami na rynku pracy wcale nie tak łatwo przejść z jednego miejsca do drugiego w poszukiwaniu nowego punktu docelowego.

Szukam pracy i co dalej

No więc zrezygnowałem. Miałem dosyć. Któregoś dnia po kolejnej pyskówce ze strony menadżera po prostu trzasnąłem drzwiami. Jeśli to miała być, zdaniem ogłoszeniodawców, praca w „przyjaznej i motywującej atmosferze” to w buty mogą sobie wsadzić takie definicje. No przepraszam państwa bardzo, ale ktoś opowiada po prostu bzdury. Człowieka poznasz nie po tym, jak traktuje równych sobie, ale po tym, jaki jest wobec swoich podwładnych. No więc Marian był po prostu świnią. No dobrze, tylko co dalej? Oszczędności mam jeszcze na jakieś dwa miesiące, na rynku pracy wcale tak łatwo nie jest, a coś jeść muszę no i wypadałoby jeszcze opłacić mieszkanie i inne rachunku. Nie jest to zadanie tak proste, jak by się mogło wydawać. Ale się uparłem. Postanowiłem potraktować poszukiwanie pracy moim zajęciem na pełen etat i przez najbliższe dwa lata poświęcić się mu bez reszty. Pierwsze dwa tygodnie przyniosły oczekiwane spotkania i wyniki. Tu rozmowa, tam telefon – w efekcie kilka możliwości. A potem cisza. Uwierzcie mi, nie ma nic gorszego, niż cisza po rozmowie kwalifikacyjnej. Tak więc czekałem i szukałem dalej. I nic.
I tak minął pierwszy miesiąc.

Dwa miesiące i co dalej?

Po miesiącu poszukiwań trafił mnie szlag. Miliony aplikacji, dopieszczanie CV, dodatkowy kurs specjalistyczny i... Nic? Naprawdę nic.
A potem trafiłem na reklamę. Niby taką samą, jak każda, oferującą kredyty firmowe, ale to był przełom. Rany, przecież to proste – muszę założyć własną działalność. Kasa się kończy? Czas więc zacząć kupować i sprzedawać. W pierwszej więc kolejności wybrałem się do US zorientować się w kwestiach związanych z prowadzeniem własnej działalności, następnie założyłem ją i zacząłem spekulować książkami. Wyspecjalizować się postanowiłem w pozycjach anglojęzycznych trudno dostępnych na polskim rynku. Przydały się w tym wypadku moje znajomości wyciągnięte jeszcze z biura tłumaczeń. W ten sposób w przeciągu zaledwie pięciu miesięcy udało mi się otworzyć całkiem rentowną księgarnię internetową, zbierającą „moje” ulubione pozycje i tematy. Zaskakujące, jak wielu ludzi nie tylko interesuje się podobnymi sprawami, ale też poszukuje tego typu pozycji. I w ten sposób przestałem szukać pracy – to praca znalazła mnie.

I dobrze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz